OBRAZ BOGA

Skąd się bierze taki obraz Boga? Kojarzy on się z wizją pro­roka Daniela (7,9—14): „Patrzałem, aż postawiono trony, a Przedwieczny zajął miejsce. Szata Jego była biała jak śnieg, a włosy Jego głowy jakby z czystej wełny. Tron Jego był z ogni­stych płomieni, (…) Tysiąc tysięcy służyło Mu”. Dzięki sztuce bizantyjskiej dopiero tysiąc lat później obraz Boga zadomowił się w Kościele chrześcijańskim. Przedtem istniał lęk przed przedstawianiem Boga. Malowano jedynie rękę, która wyłaniała się z chmury, albo słowa Boga pojawia­jące się w rozświetlonej chmurze. Lęk ten wywodzi się z drugiego z dziesięciu przykazań Księ­gi Wyjścia (20,4—5): „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żad­nego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią! Nie będziesz oddawał im pokłonu i nie będziesz im służył (…).” Nie mówi się tu wyraźnie o Bogu, lecz o bożkach. Jest to gruntowne odrzucenie religii naturalnej, zabobonu, magiczne­go opanowania sił natury  nurtów, które znajdowały wspólne formy wyrazu.

PRAWDZIWA PEDAGOGIKA

Przed Bożą miłością ostatecznie wszystko musi ustąpić. Wolno nam nawet powiedzieć: Także piekło przed nią ustąpi. Piekło, które wymyśliła chrześcijańska tradycja jako miejsce kary wyznaczonej przez patriarchalnego Boga, gdzie źli ludzie będą wiecznie cierpieć. Cóż to za przerażający Bóg, który sam miałby panować wiecznie, w otoczeniu „dobrych” i w wiecznej szczęśliwości, pozwalając| na to, aby stworzone przez Niego istoty w nieskończoność musiałyby znosić najgorsze męki!  Niebo stałoby się piekłem, gdyby to była prawda| Przeczytajmy lepiej fragment Ewangelii według św. Łukasza,rozdział 15. Możemy tu zobaczyć innego Boga. A jednocześnie obraz prawdziwej pedagogiki. 

POZYCJA SIŁY DOROSŁYCH WOBEC DZIECI

Nawet jeśli uważamy się za współczesnych i oświeconych rodziców, raz po raz zdarza się nam przemawiać do i dzieci w podobny sposób, w jaki mówiono dawniej: Zrobisz to. Dlaczego? — Dlatego, że ja tak mówię.Ojciec w starożytnym Rzymie posiadał władzę absolutną nad ; swoimi dziećmi, rozporządzał nawet ich życiem i śmiercią.Wpływ tej patriarchalnej pozycji siły w naszej kulturze jest ogromny; w Kościele chrześcijańskim ujawnia się mimo istnie­nia ewangelii „wolności — i odpowiedzialności —dzieci Bo­żych”.Czy w takim razie wychowanie antyautorytarne jest tym prawdziwym? Nie sądzę. Jest to zbyt wyraźna reakcja na przeszłość, na pozycję siły dorosłych wobec dzieci i naciąganą moralność, która dokumentowała ten układ. 

KOLEJNE NOWE DRZWI

Dla siedmio-, dziewięcio-, czy dwunastolatka otwierają się kolejno nowe drzwi ku wspólnocie. Katolik może z kolei żałować, że poza ślubem zawieranym podczas Mszy św. dorosły nie ma możliwości, aby oficjalnie osobiście wyznać swoją wiarę, która jest już inna niż w wie­ku lat dwunastu. Dopiero później pojawia się wahanie, zma­ganie z wiarą, aż wreszcie pragnienie, by zaangażować się w służ­bę wspólnoty. Kościół powinien bardziej opiekować się człowiekiem i pro­wadzić go w jego życiu. Powinien otwierać coraz to nowe drzwi: rodzicom z nowo narodzonym, dziecku, które bierze udział w uczcie Stołu Pańskiego, dwunastolatkowi, który żegna się z dzieciństwem, i dorosłym, którzy pragną udziału we wspól­nocie Chrystusa.

DZIECKO POŚRÓD NAS

Jesteśmy w kościele protestanckim w pewien niedzielny po­ranek, gdzieś w Holandii. Wspólnota, o ile zjawiła się w ca­łości, siedzi w ławkach, oczekując, na Słowo. W tej postawie trwa całą godzinę, nieruchomo, podczas kiedy modlitwy i pie­śni wznoszą się ku niebu. Widzi się wielu starszych ludzi i wiele pustych ławek. Tu i ówdzie, ukryte za plecami rodziców — dzieci. Siedzą zagubione, wydaje, się, jakby trafiły tu przy­padkiem. Tak czy owak, nikt o. nich nie pamięta* ani w pie­śniach, ani w modlitwie, ani w kazaniu. Jest tak, jakby ich nie było. Jeśli kręcą się w ławkach, to zaraz zostają przywołane do porządku: mają siedzieć cicho. Być może te dzieci są tutaj w każdą niedzielę. „Trzeba je do tego wcześnie przyzwyczajać — mówią rodzice. — Nie za­stanawiają się nad tym; wiedzą, że tak musi byc. 

WYCHOWAĆ DZIECI W DUCHU CHRYSTUSA

Kościół jakby o wszystkim zapomniał. A przecież dopiero wtedy zaczyna się to, o czym rodzice mówili w swoim przerzeczeniu sakramentalnym. Kto pomoże rodzicom to urze­czywistnić. Jak mają oni wychowywać swoje dzieci w duchu Chrystusa?’ Kto potrafi to osiągnąć bez pomocy wspólnoty wierzących? Wiara chrześcijańska może żyć tylko we wspólnocie większej niż rodzina, wspólnocie, w której się ją wspólnie przeżywa, uświęca i która od wieków przekazuje podanie o Bogu. I mimo że drzwi do tej większej inspirującej wspólnoty są w naszych czasach niemal zatrzaśnięte, rodzice ze swoimi dziećmi mimo wszystko usiłują dostać się do środka lub szukają jakiegoś bocznego wejścia.’ I tam wnoszą poruszenie, którego tak im w Kościele brakowało. 

PLANOWANIE RODZINY

Cokolwiek by się mówiło o „planowaniu rodziny”, o decyzji poczęcia dziecka, o tymże człowiek musi zostać poczęty i narodzony z człowieka, sam proces powstawania człowieka jest tak niezwykły, że dla wielu ! rodziców jest to przeżycie religijne. Doznają w nim kontaktu z czymś tajemniczym, czymś ponad ludzką rzeczywistością.Pewna matka opowiadała, że dzięki narodzinom zaczęły do niej przemawiać psalmy. Jakkolwiek nie mówi się w nich o na­rodzinach, to jednak słychać z nich wołanie życia, jego naj­głębszych pokładów.Często mówimy: „Otrzymaliśmy to dziecko od Boga”, dzieci rozumieją to czasem dosłownie i magicznie: „Czy to Jezus przyniósł dzidziusia? A widziałaś Jego przebite ręce?” „Jeśli Bóg dał to dziecko, to dlaczego je znowu zabrał?” „Dlaczego Bóg dał dziecko, które nie jest zupełnie zdrowe?”

FILOZOFIA ŻYCIA DZIECKA

Gdzie byłem, zanim się urodziłem?” To „ja”, inne niż ktos drugi, osłonięte błonką, , ja”, które żyje i porusza się i którego imię znamy. Dziecko przeraża myśl, że miałoby go nie być przed paroma laty, że jego rodzice go nie znali i że znajoma prze­strzeń pokoju i łóżko stały puste. Lęk ten podobny jest do lęku przed śmiercią: „Mamo, gdzie byłem, kiedy nie było mnie jesz­cze w twoim brzuchu? Czy byłem wtedy umarły?” — pytał trzy­letni chłopiec. Dziewczynka zaś w tym samym wieku mówi o tej tak niedalekiej przeszłości przed narodzinami: „Kiedy jeszcze byłam umarła…” Taka jest pierwotna filozofia życiowa dziecka. 

SZTUKA TŁUMACZENIA

Dlatego należałoby dziecku wyjaśnić, że istnieje jeszcze inne osobne „gniazdko”, gdzie maleństwo rośnie, oraz osobna „rurka”, która, rozciągliwa jak guma, pozwala małemu się urodzić. Kolejnym pytaniem dziecka jest zwykle: Jak takie maleństwo wychodzi na zewnątrz? Cała sztuka polega na tym, aby nie powiedzieć za mało, ale i nie za dużo naraz. Wydaje się, że dziecko pyta o mniej spraw, niż dorosły chciałby wyjaśnić. Dziecko żąda więcej informacji, niż daje lekcja anatomii, i na pewno informacji, która mieści się w jego świecie doznań emocjonalnych. Dziecko pyta o to, skąd się bierze, dlaczego należy do rodziców, o swoje ciało, czy czegoś w nim brakuje, czy nie.

WYOBRAŻENIA DZIECI

Nie chodzi o to, aby małemu dziecku dawać lekcje anatomii posługując się zdjęciami płodu, przekrojem poprzecznym brzu­cha ciężarnej kobiety i objaśniając mechanizm porodu. Dziecko nie zrozumie przekroju poprzecznego, a podobne zdjęcia wzbu­dzą w nim odrazę. Konieczne jest mimo wszystko parę słów wyjaśnienia z ana­tomii, w przeciwnym razie dziecko wyobraża sobie najprze- dziwniejsze formy narodzin. Dzieci znają brzuch tylko od stro­ny trawienia; łatwo wyobrażają sobie, że dziecko powstaje zje­dzenia, a rodzi się przez jelita albo pępek. Zdarza się, że fan­tazje na temat ciąży doprowadzają do zaburzeń w jedzeniu i trawieniu.

KIM JEST BÓG?

Istnieje od dawna zakorzenione przekonanie o tym, jak dzieci wyobrażają sobie Boga. Uważa się, że dziecko wyobraża sobie Boga jako starszego mężczyznę z brodą, który siedzi na tronie wśród chmur. Oczy­wiście taki obraz Boga nie wytrzymuje próby wieku i wraz z jego porzuceniem może zniknąć wiara w Boga. Czy takie, przekonanie jest prawdziwe? Stało się ono prawie dogmatem wiary dzieci. Czy dziecko jednak tak wyobraża so­bie Boga, jak przedstawiany On jest na starych malowidłach? Może to tylko dorośli przyczyniali się do przekazywania ta­kiego obrazu Boga, na przykład rozdając obrazki z Jego po­dobizną?

NASTĘPSTWA DLA WYCHOWANIA

Jakież to tragiczne, że chrześcijanie tak często wykazywali podobieństwo do „starszego syna”… Z tej przypowieści wynikają konkretne wnioski dotyczące przekazu wiary dzieciom. Oznacza to koniec obrazu karzącego i wynagradzającego Boga, ponieważ On jest nieskończenie sprawiedliwy. A następstwa dla wychowania? Moglibyśmy dać się zainspi­rować przez tę opowieść, aczkolwiek nie możemy postępować wobec dzieci z wielkodusznością Boga. Jesteśmy tylko ludźmi. Nie możemy inaczej, jak tylko przy pomocy naszej skali dobra i zła, prowadzić naszych dzieci, z mniejszym lub większym po­wodzeniem. Lecz obraz prawdziwie pedagogicznego postę­powania w tej przypowieści, w której nic nie jest możliwe bez miłości, zwłaszcza w kryzysach i konfliktach z dziećmi może oznaczać prawdziwe wyzwolenie. Takie wyzwolenie od odpo­wiedzialności w stosunku do tych, którzy przyjdą po nas, tych mniejszych od nas.

WYJŚCIE NAPRZECIW SIEBIE

Ojciec wychodzi synowi naprze­ciw, zanim jeszcze usłyszy od niego, że ten właściwie nie czuł się już godny nazywać jego synem. Miłość Boga jest ważniej- ; sza niż nasza świadomość grzechu; chrześcijanie często przestawiają tę kolejność.  Syn nie może nawet wypowiedzieć swojej gotowości do po­kuty i zadośćuczynienia, tak jak to planował; zostaje ogarnięty i entuzjazmem, z jakim wkłada mu się na rękę pierścień, pro­wadzi na ucztę. Jezus chciał powiedzieć: Taki jest dla was Bóg. Nie naśladuje Go w tym żaden z ziemskich ojców. Jest to absolutnie nieoczekiwane, przytłaczające, Boskie. Tu człowiek znowu stoi pośrodku raju, przyjęty w szczęśliwości, która odległa jest o nie­bo od ziemskiego dobra i zła.

BEZ DOBRYCH RAD

Człowiek może tu iść w świat  jako wolny. Nie otrzymuje dobrych rad. Żyje z tego, czego nauczył go ojciec, nawet jeśli wszystko zapomniał. Niszczy to. Staje się sługą i niewolnikiem na zewnątrz, lecz i wewnętrznie, poprzez poczucie winy i pokutę. Wchodzi w ślepą uliczkę to pozwala mu przypomnieć sobie o swojej więzi z ojcem.Kiedy wraca, ojciec wychodzi mu naprzeciw z radością. Za­pomina o swoim prestiżu. Uderzające, ojciec nie pyta nawet syna: „Powiedz najpierw, coś ty robił?” Później przychodzi starszy syn — faryzeusz — z moralnością i sądem; pozostaje w tym spotkaniu jako statysta.

SIŁA KTÓRA ZMIENIA LUDZI

Nie jest to na pewno „kochany Pan Bóg” ani „nasz dobry Bóg”, lecz Bóg w którego wspólnocie trzeba absolutnie wykluczyć cie­mności i zło. W Jego królestwie nic ma miejsca na zło. demona ludzkiej pożądliwości i pędu niszczenia. Stąd też przypowieści Jezusa, które w bardzo skoncentrowanej mowie obrazów wy­rażają jedno: Nie ma innej możliwości, by wejść do niego, jak w miłości i jedności z Bogiem i błiźnim. Zwłaszcza Ewangelia Dobra Nowina przynosząca wyzwolenie, głosi, że miłość Boga jest silniejsza niż wszystko to, co człowiek może zbudować; jest to światło, które pokona ciemności, miłosierdzie przyj­mujące człowieka, który na nie nie zasłużył i który go nie ocze­kiwał, siła, która zmienia ludzi.  

MORALNE LUDZKIE GRANICE

Ktoś stojący obok. nie podejrzewający niczego, mógłby powiedzieć: „Bóg. którego przedstawiacie dzieciom, jest uosobieniem patriarchalnego auto­rytetu. Jest wszechmocny, wszystkiego można od Niego ocze­kiwać; dał co prawda swoim dzieciom swobodę działania: mogą one zawsze w czymś zawinić — oczekuje się jednak, że wtedy wkroczy, położy koniec występkowi, zagrzmi, człowiek zaś podda się swemu losowi. A los ten przeżywa się jako karę lub nagrodę”. Musimy się zastanowić, czy taki Bóg jest rozpoznawalny jako Bóg Chrystusa. Jaki jest obraz Boga. przekazany nam przez Chrystusa? Jest to Bóg. który w swojej miłości i miło­sierdziu przekracza wszystkie moralne ludzkie granice.